Filipiny

Malinao

trekking na wygasły wulkan

Czyli jak zostałem przewodnikiem.

Z Lignon Hill jedziemy tym razem autobusem do Tabaco City central terminal. Autobus jest najtańszym środkiem transportu, kosztuje tylko 36 peso/osoba. Z naszym przewodnikiem z Namantao – Jovenem, umówiliśmy się na terminalu, ale nie wiedzieliśmy że są dwa. Jeden dla jeepów a drugi dla autobusów przy remizie strażackiej. Joven pojechał na ten pierwszy i spóźnił się ponad pół godziny.

Jeepney Trzy Anioły
Mayon

Z terminalu jedziemy trycyklem do wioski Tagoytoy. Tam zaczyna się szlak na Malinao. Trycykl nie dałby rady wjechać wyżej pod górę po betonowej drodze. Startujemy późno, o dziewiątej. Na wejście potrzeba około czterech godzin, na zejście tyle samo. Zachód słońca jest około osiemnastej, mamy godzinę zapasu. Trzeba powiedzieć, że szlak na Malinao jest zamknięty ze względu na zniszczenia spowodowane tajfunem.

Malinao - z lewej strony widoczna jest wznosząca się droga, miejsce startu

Musicie wiedzieć, że na Filipinach w górach powyżej 1000–1200 metrów występuje limatik, jest to insekt podobny do pijawki. Jeżeli pada deszcz limatik może spaść z drzewa i wgryźć się w ciało. Raczej nie jest niebezpieczny, chyba że wpadnie do oka. Jak to wygląda, można zobaczyć np. na tym filmie.

Mamy ze sobą patyczki do uszu, którymi można spróbować wyciągnąć limatika z oka, alkohol też może się przydać. Pogoda była dobra, limatik nas nie zaatakował. Idziemy przed siebie, jest słonecznie i gorąco. Po niecałej godzinie wchodzimy w dżunglę. Już na początku trzeba przejść przez rwący strumień, kończący się widowiskowo spadającym kilkadziesiąt metrów w dół wodospadem. Prąd jest na tyle silny, że poślizgnięcie może skończyć się zjazdem na dół.

Odtwórz wideo

Przechodzimy przez wodę. Joven stwierdza, że kolejny strumień może być zbyt trudny do pokonania i musi zapytać kogoś o drogę. Nie ma go pół godziny. Gdy wraca mówi, że pójdziemy inną drogą. Wracamy w dół z powrotem spory kawał drogi, po czym jeden z mieszkańców prowadzi nas inną drogą. Takie kręcenie się w kółko jest stratą czasu i sił, klimat jest wilgotny, organizm męczy się szybciej niż na naszych górskich szlakach. O 11:30 przechodzimy przez kolejny strumień, są też mniejsze wodospady. Nabieramy świeżej wody w butelki. Za wodospadem przedzieramy się przez mało uczęszczane zarośnięte ścieżki.

Joven mówi, że każdy barangay (czyli jak u nas gmina) ma swoje osobne szlaki. Stąd taka plątanina. Co jakiś czas odpoczywamy. Mimo sporej straty czasu Joven obiecuje, że dojdziemy na szczyt. Około 12:20, czyli po prawie trzech i pół godzinie drogi, docieramy na łączkę z której widać właściwe wierzchołki Malinao. Joven stwierdza, że to koniec trasy, mimo że jak na dłoni widać docelowe miejsce. Nie zna dalszej drogi.

Widok na wierzchołki Malinao

W tym miejscu mamy internet, możemy porozmawiać z Jessiką, która była dwa razy na Malinao. Do celu jeszcze ponad dwie godziny, a to oznacza, że końcówka zejścia będzie odbywać się w nocy. Tym razem ja prowadzę, na mapach.cz w telefonie jest widoczny szlak, ale w dżungli czasem ciężko go znaleźć. Bywa, że trzeba obchodzić przewrócone drzewa i wtedy można łatwo zgubić szlak, co się nam zdarza, a każde takie obejście to dodatkowa strata czasu i sił.

Szlak

Szlaki w Tatrach nie są tak męczące nawet przy największych upałach. Gdybym miał porównywać, to 1500 m na Filipinach (praktycznie od poziomu morza) jest cięższe fizycznie niż 2500 m w Tatrach.

Idziemy dalej, prowadzę, co jakiś czas zatrzymujemy się na krótki odpoczynek, sprawdzamy odległość. Zastanawiamy się nad odwrotem, jest coraz mniej czasu na powrót za dnia. Po drodze z dwóch miejsc było widać większy o prawie tysiąc metrów wulkan – Mayon. Z tej strony zwykle nadciągają chmury, które rozbijają się o jego szczyt.

Mayon

Joven jako przewodnik się nie sprawdził i jesteśmy zdani na siebie, a on ma nietęgą minę. Decydujemy się iść dalej. Wadomo, że co najmniej godzinę będziemy schodzić w nocy, mamy czołówki, ale w takiej dżungli można nadziać się na złamany bambus (raz się nadziałem w oko). Zmęczenie jest duże, góra to prawdziwa wyrypa. Pod koniec robi się stromo, można użyć rąk, ale zamiast łapać się skał, chwytamy za wystające gałęzie i korzenie. Całkiem inny rodzaj wspinaczki.

Przebijamy się
Wspinaczka po korzeniach

W końcu o 14:55 docieramy do celu, widać ogromną kalderę Malinao, jest porośnięta drzewami. Wulkan od dawna nie jest aktywny. Ostatnia niewielka erupcja miała miejsce w 1980 r. Wcześniej nie było żadnych historycznie odnotowanych większych eksplozji, uważa się że wulkan był aktywny w okresie od 500 do 60 tys. lat temu. Kiedyś musiał być ogromny.

Panorama - widok na kalderę

Udało się, zmęczeni ale szczęśliwi 🙂

W oddali widać wyspę Catanduanes

Dobry humor wrócił naszemu przewodnikowi. Stwierdził nawet, że była to najbardziej niesamowita rzecz jaką zrobił w życiu i teraz nie boi się umrzeć 🙂 Od tego momentu jego pasją będzie wspinaczka. W sumie teraz może być już przewodnikiem na Malinao 🙂 Na górze jesteśmy około czterdziestu minut, mimo późnej pory chcemy nacieszyć się widokiem i odpocząć. Spodnie Anety wymagają szycia, buty także dostały w kość.

Schodzimy z powrotem przedzierając się przez bambusy i gałęzie, za łączką wybieramy inną drogę niż wejściową, kierujemy się w stronę szumiącego wodospadu nie wiedząc czy da się przejść tamtędy przez strumień.

Wślizg pod bambusami
Liany
Ostatni strumień

Woda jest płytka, szlak nie jest zbyt często uczęszczany, ale nie zarósł do końca. Ostatnie półtorej godziny idziemy oświetlając drogę latarkami. W okolicy strumieni widać świetliki. Zejście w dół zajmuje prawie tyle samo czasu co droga na szczyt. W wiosce łapiemy trycykla do terminalu jeepów w Tabaco (koszt 60 peso – 4,56 zł). Mimo późnej pory (około dwudziestej) wracamy stamtąd jeepem do Legazpi (koszt 35 peso/osoba – 2,66 zł). Dzisiejszy dzień z nieprzewidywalnymi wydarzeniami był super – po takie Filipiny leciałem tutaj 🙂 Ahoj Przygodo!

0 /10
Ocena przygody

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *