Filipiny

Mt. Namantao

wzgórze z widokiem na zatokę

Pierwsi cudzoziemcy na górze?

Z terminalu w Legazpi jedziemy do Bacacay vanem. Na dworcu dołącza do nas Jessica, Filipinka poznana pierwszego dnia w Legazpi. Z Bacacay jedziemy trycyklem do Pili port (koszt 100 peso – 7,60 zł). Na wyspę Cagraray trzeba udać się łodzią, koszt 300 peso (23 zł) w obie strony. Namantao jest niewielkim wzgórzem na wyspie, ma około trzysta metrów wysokości.

Widok na Namantao z portu

Na Cagraray czeka na nas Joven, miejscowy chłopak który zna drogę na szczyt. Joven jest ubrany w koszulkę koszykarską. Koszykówka jest na Filipinach bardzo popularna, mimo to żaden Filipińczyk nie grał nigdy w NBA. Namantao ma tylko trzysta metrów wysokości, ale wejście będzie trwało aż dwie godziny. Szlak jest bardzo kręty, czasem trudny do odnalezienia, wyszukiwanie drogi samemu zajęłoby o wiele więcej czasu. Formalnie na takie wyjście należy uzyskać zgodę lokalnego urzędnika tzw. barangay official. Po drodze podchodzimy do jakiegoś domu, po krótkiej rozmowie dostajemy zgodę na wyjście. Grupy zorganizowane zawsze ubiegają się o taką zgodę i czasem jej nie dostają dlatego, że np. pada deszcz. Gdyby Filipińczycy rządzili u nas, najpewniej zamknęliby całe Tatry 🙂 Bezpieczeństwo przede wszystkim.

Bangka dobija do portu

Początkowo idziemy schodami przez wioskę, potem ścieżka praktycznie zanika, trudno byłoby samemu odnaleźć prawidłową drogę. Przedzieramy się przez trzciny, gałęzie, co jakiś czas kalecząc się, nogi i ręce są po jakimś czasie nieco posiekane. W okolicy występuje głośny owad, podobny do cykady, miejscowi nazywają go „dilgy bug”. Zatrzymujemy się posłuchać jak gra. Po drodze na szlaku znajduje się szeroka polana z pierwszym widokiem.

Panorama z polany
Nasza dwójka z Jessiką

Mijamy dwa głębokie doły z których ciężko byłoby się wydostać. Możliwe, że są to pułapki na zwierzęta.

Pułapki

Po dwóch godzinach jesteśmy na górze, skąd widać cieśninę, którą płynęliśmy wcześniej trzy dni wcześniej na wysepki. Czas na zdjęcia i odpoczynek. Ze szczytu nie ma widoczności na wszystkie strony, można popatrzeć na północ i na południe. Znajdzie się trochę zacienionego miejsca pod drzewami.

Nasz przewodnik Joven
Widok na cieśninę

Schodzimy inną drogą, po drodze mijamy ostatnie zabudowania na wyspie. Miły pan pozwala zerwać naszemu przewodnikowi kokosy z palmy.

Jak widać cięzko znaleźć szlak
Joven wspina się po kokosy

Wracamy przez strumień, woda jest bardzo czysta. Po drodze w dwóch miejscach można się wykąpać. Joven mówi, że jesteśmy pierwszymi cudzoziemcami w tym miejscu. Podobno tutaj chodzą tylko Filipińczycy.

Strumień
Bardzo czysta woda w strumieniu

Po drodze zaczyna lekko padać, Joven przygotowuje nam tymczasowe parasolki z palmowych liści 🙂 Płacimy 800 peso (60 zł) i umawiamy się na drugi dzień. Joven będzie naszym przewodnikiem na Malinao, czyli wygasły wulkan o wysokości 1548 metrów. Dziś mieliśmy całą wyspę tylko dla siebie.

Tutaj można pływać
Porzucone pola ryżowe
Opuszczamy Namantao

Z portu Pili wracamy trycyklem wiozącym łącznie pięcioro pasażerów i kierowcę. W Bacacay jemy adobo, czyli tłuste wieprzowe mięso smażone na oleju z krwią. Adobo podaje się oczywiście z ryżem, cena 150 peso (12 zł). Danie nie wygląda pięknie, ale jest o wiele lepsze niż się wydaje 🙂 Wracamy trycyklem, jest już za późno na powrót jeepem. Trycykl z Bacacay do Lignon Hill kosztuje aż 500 peso (38 zł). Zdecydowaliśmy się na trycykl, jednak taniej wyszłoby dojechać do głównej drogi i złapać jeepa jadącego z Tabaco, po zmroku jeszcze jakiś czas jeżdżą.

Adobo
0 /10
Ocena przygody

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *