Sardynia

Punta la Marmora

wejście na najwyższy szczyt Sardynii

Piąty dzień na wyspie

Pogoda dzisiejszego dnia jest bardzo deszczowa. Dlatego nie jedziemy bezpośrednio na górę, tylko zatrzymujemy się w Fonni – najwyżej położonym mieście na Sardynii. Idziemy do kawiarni na croissanty i kawę, rano klientami są sami mężczyźni.
Prowincja Nuoro wyróżnia się tym, że ludzie żyją tutaj najdłużej w Europie, nie wiele krócej niż w Japonii. 100 lat to nie jest żadne osiągnięcie. Jedzą dużo warzyw, sera i piją mleko. Kobiety i mężczyźni żyją tyle samo. Mam nadzieję, że 4 dniowy pobyt wydłuży proporcjonalnie moje życie 🙂
W Fonni znajduję ciekawy mural z pasterzem prowadzącym owce – wygląda niczym Darth Vader.
Pasterz prowadzi owce
Wyjście z ciepłego auta

Jedziemy wyżej w góry przez wysokie na kilkaset metrów wiadukty. Da się dojechać do samej stacji nieczynnej już kolejki. Pogoda jest kiepska, duże zachmurzenie i przelotny deszcz. Kilka stopni na plusie. Oczywiście innych ludzi tu nie ma, bo komu chciałoby się wychodzić w góry przy takiej aurze. Początkowo po wyjściu deszcz nie pada, nawet widać góry. Po pół godzinie, zachmurzenie się zwiększa, idziemy we mgle z mizerną widocznością.

Początek szlaku
Nieliczne dane nam widoki

Dochodzimy do szczytu Bruncu Spina, nieco niższego niż Punta la Marmora. Zaczyna mocno padać i wiać. Nie widać, że jesteśmy na szczycie. W ogóle prawie nic nie widać. Temperatura spada do 2 stopni. A miał być lajtowy szlak z widokami na całą wyspę 😉 za Bruncu Spina wiatr z deszczem wieje z drugiej strony, doskonale, jak już być mokrym to po całości 😉

Deszcz odpuszcza nam trochę przed szczytem Punta la Marmora. Wysoki metalowy krzyż na szczycie jest widoczny z około 30 metrów. Wpisujemy się do książki umieszczonej w skrytce, a właściwie na kawałku schowanej tam mapy. Wejście zostaje uczczone zjedzeniem ciastek że sklepu Conad 😉 Zejście to coś jak morsowanie, temperatura ledwo ponad zero stopni, leje i wieje. Jestem prawie cały przemoczony. Schodzimy szybko. Całość zajęła nam nieco ponad 3 godziny.

Przebieram się w suche ubranie i jedziemy do Alghero. Na początku nie bardzo chciało mi się iść, wiadomo było że niewiele zobaczymy. Tak było, ale nie spodziewałem się takiej zlewy 🙂 Ostatnio mnie tak zalało rok wcześniej w Tatrach. Trudne warunki podwyższyły niewątpliwie wartość wejścia 🙂

Zostało się przebrać
Krowy też chowają się przed deszczem

Alghero

Alghero wzięło swą nazwę od alg, które są wyrzucane przez fale na wybrzeże. W mieście nie pada, ale nie ma słońca. Zachodnio północna strona wyspy, ma zazwyczaj gorszą pogodę. Alghero było przez wiele lat pod panowaniem Aragonii. W XIV wieku z powodu spisku Aragończycy wysiedlili mieszkańców miasta, a w ich miejsce sprowadzono kolonistów. Architektura przypomina miasteczka na Majorce. W miejscowych restauracjach można zamówić typowe hiszpańskie dania. Po przejęciu przez Włochy mieszkańcy mieli nawet zakaz oddalania się dalej niż 5 km od miasta.
Po zostawieniu rzeczy i znalezieniu miejsca parkingowego (co nie jest takie łatwe w centrum miasta), idziemy na spacer. Na wybrzeżu stoi średniowieczna katapulta, a w pobliżu stare, bardzo zadbane klasyczne fiaty 500.
Alghero słynie z poławiana korali – „czerwonego złota”. Na rynku można podziwiać podświetlaną instalację przedstawiająca wielki czerwony koral, bliżej wybrzeża stoi La Corallina, łódź używana w latach 70 do wyławiania korali. W mieście jest mnóstwo sklepów sprzedających koralowe wyroby.

Katapulta w Alghero
Zlot Fiatów 500
Alghero - wybrzeże
La Corallina
Jeden ze sklepów z koralami
Na baszcie zawieszone są flagi Sardynii, Włoch i Katalonii
Jedna ze starszych mieszkanek miasta
Uliczki Alghero
Stare miasto

W nagrodę za wejście na najwyższy szczyt, w tych trudnych warunkach, idziemy do restauracji na pizzę, ryby i wino.

Koralowa instalacja
0 /10
Ocena przygody

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *