Gruzja

Trekking do Adishi

skrócona wersja trekkingu Mestia-Ushghuli dzień pierwszy

Wstajemy rano i zamawiamy w hotelu kierowcę do Zhabeshi. Zaczynamy szlak w tym miejscu, żeby ominąć jego mniej interesującą część i nie schodzić z gór na nocleg. Podobno jest to jeden z najbardziej widokowych szlaków w Gruzji.

Mestia - okolice naszego hotelu

Po drodze jadąc autem, patrząc na lewo – widzimy dwuwierzchołkową Uszbę, a naprzeciwko samotną Tetnuldi – jedne z najwyższych szczytów w Swanetii.

Dwa wystające rogi Uszby

Droga najpierw asfaltowa, pod koniec zamienia się w błotnistą breję, osobowe auto może mieć tutaj ciężko. Dojazd z Mestii kosztował 70 lari. Zhabeshi to niewielka wioska, przypuszczam że mieszka tu kilkadziesiąt osób. Startujemy późno, dopiero o 11:20 – ale nie ma potrzeby się spieszyć, Adishi leży niecałe 12km dalej.

Droga - wcale nie nudna
Zhabeshi

Niepotrzebnie przejeżdżamy przez wodę, teraz musimy wrócić na drugą stronę pieszo, przeskakując w dwóch miejscach strumień. Szlak zaczyna się w pobliżu gospodarstw, trzeba otworzyć drewnianą bramkę i można iść dalej.

Przechodzimy przez pierwszy strumień
Szlak jest za tą bramką

Po wczorajszym śnieżnym przywitaniu, dziś w Swanetii pogoda jest świetna, na niebie są tylko pojedyncze chmurki. Po chwili podejścia widać dwuwierzchołkowy szczyt, górującą nad Mestią Uszbę (4710 m). Uszba to po gruzińsku wiedźma, zdecydowanie najtrudniejszy cel wspinaczkowy w okolicy. Wczorajszego dnia byliśmy bardzo blisko góry, ale chmury wszystko zasłoniły.

Wiosna w pełni

Początkowy etap szlaku to podejście w górę trawiastym terenem z wyraźną ścieżką. Z góry rozciąga się widok na wielkie zielone pastwiska w dolinie w okolicy Zhabeshi. Zwierzęta mają tutaj mnóstwo miejsca i czują się dobrze. Idziemy dość wolno, więcej czasu przeznaczając na odpoczynek, dlatego że Agnieszka ma problem z kondycją po wczorajszej degustacji czaczy i wina 🙂
Czekamy cierpliwie, ale w końcu po dwóch godzinach walki, Aga decyduje się wrócić do Zhabeshi i drogę do Adishi pokonać autem. Zespół nam się rozpada, cóż pójdziemy dalej we troje.

Widok wstecz z podejścia
Widok na Uszbę się nie nudzi
Szczyty wznoszące się tuż za Zabeshi - Khelar (2999m, Kakhiani 3702m i Banguriani 3838m)

Następnie wchodzimy w las i dalej podchodzimy pod górę. Ten fragment szlaku jest najbardziej stromy i męczący.
Dochodzimy do znaku „market”, ale wybieramy trasę na lewo wąwozem, przez który przepływa potok. Na początku przejście jest ciekawe, przeskakujemy po kamieniach żeby nie zamoczyć butów. Coś jak Słowacki raj.
Nad wąwozem widoczny jest budynek „marketu”. Niestety później szlak jest nieco zarośnięty, trzeba się przebijać, a dodatkowo robi się nieprzyjemnie z powodu zaśmiecenia tego fragmentu trasy.

Lepiej iśc do Marketu, a my poszliśmy w lewo.
Wąwóz

Przy sklepie, jeszcze wtedy nieczynnym jest plac. Mamy tutaj widok na całe zachodnie pasmo Kaukazu. Idealne miejsce na odpoczynek i wzmocnienie się prowiantem.

"Market"
Przerwa obiadowa

Dalsza ścieżka w okolicach wyciągu narciarskiego prowadzi bardzo zarośniętym wąwozem. Nie ma sensu przedzierać się tamtędy, idziemy dalej drogą. Po kilkunastu minutach napotykamy na człowieka wycinającego drzewa przy drodze. Aneta pyta czy pan może nas kawałek podwieźć, po chwili jedziemy na pace małego Mitsubishi. Za podwózkę do rozejścia szlaków na dolny i górny płacimy 20 lari.
Wybieramy bardziej widokowy górny wariant. Oprócz nas nigdzie nie widać turystów. Na zakręcie drogi stoją krowy, nie wiem co tutaj robią. Nie mają tutaj żadnej trawy ani wody. Może też podobają im się widoki? 🙂

Nasz transport

Wybieramy bardziej widokowy górny wariant. Polecam tą opcję, dolny szlak schodzi mocno w dół, wiedzie przez las. Nie zobaczycie wiele. Za to górny to prawdziwa perełka tego trekkingu! Nie ma innej opcji.
Oprócz nas nigdzie nie widać turystów. Gruzja otworzyła się już ponad miesiąc temu, a jednak jesteśmy sami. Tym lepiej. Za to na zakręcie drogi stoją krowy, nie wiem co tutaj robią. Nie mają żadnej trawy, wody ani zajęcia. Może też podobają im się widoki? 🙂

Krówki
Widok na pasmo Gór Swaneckich
Panorama powyżej rozejścia szlaków
Za nami lodowiec Kvitlodi - po lewej dolina w której rozpoczęliśny trekking

Przeszliśmy swoje pod górę, ciągle nabieramy wysokości, ale powoli. Droga prowadzącą do kolejnych wyciągów narciarskich, kończy się na wysokości około 2700 m.

Za nią w niektórych miejscach ciągle zalega śnieg o głębokości do pół metra. Przechodzimy przez pierwsze pole śnieżne, śnieg jest miękki, czasem się zapada. Nie mamy raków.

Przechodzimy przez śnieg
Jeszcze więcej śniegu

Dzisiejszego dnia poza Gruzinem który nas podwiózł nie spotkaliśmy nikogo. Mestia – Ushguli to prawdopodobnie najciekawszy szlak trekkingowy w Gruzji i brak piechurów? To możliwe?

Zatrzymujemy się na posiłek w miejscu z widokiem na Tetnuldi. Samotny szczyt o wysokości 4858 m, w kształcie piramidy robi wrażenie. Jesteśmy otoczeni górami gdzie by się nie spojrzało. Można się nacieszyć świetnymi widokami.
Przy tym dłuższy czas poruszamy się na wysokości około 2700 m, bez cięższych podejść. Mamy idealną pogodę na trekking, słonecznie, ale nie gorąco i bezwietrznie. 

Dalsza droga na pewno będzie przechodzić przez kolejne pola śnieżne i potok, z daleka wydaje się nam, że trzeba przejść po śniegu nad wodospadem. Nieoczekiwanie z powodu tych trudności, Gosia ostatecznie decyduje się wrócić do rozgałęzienia szlaków i przejść do wioski niżej położonym szlakiem. Nie pomagają namowy. Robię jej zdjęcie gdy odchodzi – mam nadzieję, że nie ostatnie 🙂

Zespół ponownie się rozdziiela
Nasz zespół po raz drugi się rozpadł. Zostało nas dwoje. To już chyba koniec podziałów 🙂 Po dłuższym odpoczynku ruszamy w drogę. Przed nami znajduje się, wysokie na prawie 2 metry pole śnieżne. Głęboki śnieg na płaskim terenie. Nie jest niebezpiecznie, takie przeszkody to dodatkowa frajda.

Potem przechodzimy przez wartki strumień, szukając chwilę odpowiedniego do tego miejsca. Za potokiem wychodzimy nad wzgórze, cały czas mając widok na „Białą Królową” Tetnuldi. To słowo oznacza również białą suknię, którą ubierała panna młoda na ślubie.
Odbijając w lewo doszlibyśmy do pierwszego „base campu”. Do wejścia na Tetnuldi potrzeba minimum trzech dni. To nie dzisiaj 🙂

Z lewej wyłania się poteżna Tetnuldi
Aneta podchodzi przez śnieg
a potem przez wartki potok
Gdzieś tam na lewo jest Adishi
Przerwa
Dalsza droga - następnego dnia będziemy isć doliną schowaną za wyniesieniem

Kierujemy się na prawo, schodząc mocno w dół trawiastym zboczem, w lini prostej do Adishi jest niecałe 2 km. Musimy zejść 650m niżej. Po kilkunastu minutach gubimy słabo widoczną ścieżkę, idziemy na przełaj . Wioska jest ukryta głęboko w dolinie, w ogóle jej nie widać.

Tetnuldi
Zejście do Adishi

Dostrzegamy ją dopiero z odległości 300 metrów. Co za widok! W wiosce stoi jeszcze wiele starych wież obronnych – mają po kilkaset lat. Adishi to jedna z najwyżej położonych wsi w Gruzji i w Europie – leży na wysokości 2100m.

Tak, wiem że Gruzja terytorialnie to nie Europa, ale żaden Gruzin nie powie, że to Azja

Pierwszy widok na Adishi
Adishi

Mieszka tutaj 15 rodzin – około 60 osób. Ludzie chyba stęsknieni za turystami wyglądają z domów za nami. Wiedzieli, że ktoś przyjdzie. Agnieszka już tu jest. Dojechała autem, chociaż ludzie pukali się w głowę, słysząc gdzie chce jechać.
Droga była trudna, za dojazd musiała zapłacić 100 lari. Przez cały dzień przyjechały tylko dwa auta. Przechodzimy całą wioskę, Elisabeth Guesthouse jest na jej końcu, gdyby nie rezerwacja pewnie nie trafilibyśmy tutaj.
Gospodyni zaczyna przygotowywać nam kolację, prosto z żeliwnego pieca, który w zimie służy jednocześnie jako ogrzewanie izby. Po niecałej godzinie dołącza do nas Gosia, przeszła dolnym szlakiem nadrabiając drogi.
Okazało się, że dolny wariant jest trudniejszy. Niżej jest więcej potoków do przekroczenia, czasem lepiej przejść po śniegu.
Na kolacji jest z nami jeszcze niemiecka para, przeszli również dolnym szlakiem. Do zjedzenia mamy chaczapuri, kubdari, zupę, ciasto z kompotem, ser i czego tam nie było. Po trekkingu można się najeść do syta.

Część budynków jest zniszczona
Elisabeth Guesthouse

Gospodyni zaczyna przygotowywać nam kolację, prosto z żeliwnego pieca, który w zimie służy jednocześnie jako ogrzewanie izby. Po niecałej godzinie dołącza do nas Gosia, przeszła dolnym szlakiem nadrabiając drogi.
Okazało się, że dolny wariant jest trudniejszy. Niżej jest więcej potoków do przekroczenia, czasem lepiej przejść po śniegu.
Na kolacji jest z nami jeszcze niemiecka para, przeszli również dolnym szlakiem. Elisa przygotowała chaczapuri, kubdari, zupę, ciasto z kompotem, ser i czego tam nie było. Po trekkingu można się najeść do syta.

Domowa kolacja

Po bardzo dobrej  i obfitej kolacji idziemy na piwo do Baru. Tak – w Adishi stoi „Cafe Tetnuldi”, czyli wioskowy bar zbity z drewna, wyposażony w kozę, chamak, głośniki. Gra gruzińska muzyka. Super klimat! Właściciel puścił nam nawet Mazurka Dąbrowskiego na przywitanie! Głośno na całą wioskę mimo że już zapadł zmrok 🙂

Wieczorem przy piwie Gega – brat Elisy powiedział nam, że jesteśmy pierwszymi turystami w tym roku.

W 2019 r. w Adishi nocowało nawet 100 osób dziennie w sezonie. W 2020 r. nie przyszedł nikt. I teraz po 1,5 roku otworzyliśmy sezon. Ale nam się trafiło! Po drodze nie widziałem żadnych śladów, śnieg jednak był na tyle głęboki, że nikt nie zdecydował się wcześniej na przejście.

Gega w trakcie roku pracuje w Tbilisi, a w lecie przyjeżdża do rodzinnej wioski „bo jest tutaj ładnie”.

W górach w nocy robi się zimno, fajnie jest posiedzieć przy ogniu pod kocem. Gega proponuje nam, abyśmy zostali jeszcze jeden dzień w Adishi, zjedli krowę z grilla, pochodzili po okolicy. Niestety jutro wieczorem i następnego dnia rano, prognozowane są deszcze i burze. Strasznie szkoda, ale gdybyśmy zostali oznaczałoby to utknięcie na następne dwa dni w Adishi. Mamy do dyspozycji tylko tydzień.  Następnego dnia rano wyruszamy w dalszą drogę w kierunku Ushguli.

0 /10
Ocena przygody

Trekking do Ushguli

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *