Gruzja

Trekking z Omalo do Shatili

dzień 4 – z Khidotani do Shatili

Trekking z Omalo do Shatili - dzień 4 - z Khidotani do Shatili

Ostatni dzień naszego trekkingu. Po przebudzeniu przygotowujemy z resztek jedzenia śniadanie, tzn. wszystko co zostało idzie do garnka, powstaje z tego niezbyt zachęcają breja, ale zjadliwa. Nie chcę nam się zmywać, więc wszyscy jedzą z jednego garnka 🙂 Spokojnie przy stole rozpoczynamy dzień. Na Khidotani jest wifi i dobry zasięg telefoniczny.

Wschód słońca
Obóz na Khidotani

W trakcie śniadania podchodzi do nas pies pasterski, wielki biały Owczarek Azjatycki. Mimo dużych rozmiarów trochę się nas boi, ale chciałby dostać coś do jedzenia. Mam jeszcze trochę chleba, piesio chętnie je nawet suchy chleb, niczym nie pogardza. Ze swoimi skróconymi uszami, wygląda trochę jak niedźwiedź polarny 🙂 Uszy są skracane, żeby wilk nie mógł za nie chwycić.

Na bogato 😉
Piesio a wtle dalsza droga
Smacznego 😉
Owczarek Azjatycki

Dawid nie chce ryzykować, żeby konie przechodziły przez drewniany mostek w dole rzeki (faktycznie niebezpieczny). Zamiast tego proponuje zwieźć bagaże niżej, gdzie następnie do Shatili zabierze je samochód. Pora się rozstać, zbieramy wypożyczone rzeczy do worków, zostawiamy swoje przygotowane do transportu. Dawid jeszcze przez dwa dni będzie wracał do Dartlo.

Konie piją wodę bezpośrednio z węża
Miś 🙂

Dzisiejszy szlak nie jest już tak bogaty widokowo jak poprzednie. Od razu schodzimy ostro do doliny przez las. Po drugiej stronie, dość wysoko widzimy wioskę, złożoną z kilku budynków. Powoli wracamy do „cywilizacji” 🙂 Po godzinie schodzenia docieramy na dno doliny. Idziemy wzdłuż rzeki drogą, którą mogą jeździć terenowe auta.

Zejście do doliny przez las
Ktoś tam mieszka
Na dole

W pierwszej wiosce po drodze dziewczyny pytają o wodę. Dostają ją, oddając w zamian baton 🙂

Wioska Konischala
Woda za batonik 🙂

Za wioską można iść drogą (dłużej), albo ścieżką poprowadzoną bliżej rzeki. Trzeba uważać w jednym miejscu.

Tutaj trzeba uważać

Dochodzimy do drewnianego mostku. Jest położony chyba w możliwie najbardziej niebezpiecznym miejscu. Za wodospadem, wysoko nad wodą, gdzie prąd rzeki jest duży. Sam mostek jest nieco wygięty, co bardziej wrażliwi nie powinni patrzeć w dół 🙂

Drewniany mostek

Dalej idziemy drogą, dochodzimy do kolejnego posterunku. Mam przy sobie dokumenty, wszystko gra, ale Aneta nie ma paszportu, zostawiła go w plecaku. Teraz nie wiemy czy samochód z plecakiem pojechał już do Shatili, czy dopiero będzie przejeżdżał. Żołnierze rozmawiają ze sobą przez krótkofalówki, ustalają że sprawdzili ją na poprzednim posterunku. Nie musi wracać z powrotem 🙂 Zatrzymujemy się dalej przy drodze, z widokiem na kamienną fortecę Mutso. Po chwili nadjeżdża auto z naszymi plecakami. Kierowca zatrzymuje się, pyta czy chcemy z nim jechać. Nie musimy dodatkowo płacić. Decydujemy, że z nim pojedziemy. Sam szlak za fortecą, nie jest już ciekawy. To po prostu droga dla aut, są nawet plastikowe słupki.

Forteca Mutso

Zaoszczędzone co najmniej trzy godziny, przeznaczamy na bliższe poznanie Shatili. Już przy wjeździe do wioski widać imponujących rozmiarów fortecę. Budowa fortecy rozpoczęła się w XIV wieku, przez kolejne wieki była rozbudowywana. Budowla składa się z 60 połączonych ze sobą, zabudowanych ciasno forteco-domów. Aktualnie wewnątrz są hotele, restauracja. Do fortecy można wchodzić bez żadnej opłaty.

Przed nami Shatili - widoczna forteca
Forteca w Shatili
Shatili

Zazwyczaj nie pokazuję miejsc gdzie śpię, bo nie ma w tym nic interesującego. Tym razem jest inaczej. Już wcześniej zarezerwowaliśmy nocleg w Ethnic Hostel w Shatili. Budynek jest zbudowany z kamiennych płytek, nie ma żadnych szyb w niewielkich oknach. Możemy się przekonać na własnej skórze, jak mogli mieszkać średniowieczni ludzie (no, my mamy elektryczność i łazienkę). W hostelu dostępne są trzy pokoje. W największym pomieszczeniu na dole, są nawet prawdziwe stare sprzęty rolnicze, np. widły czy ubrania. Trochę jak muzeum. No i nie ma jednej ściany, dlatego że budynek jest oparty na górze, nie było potrzeby jej budować. Na dachu jest nawet taras z widokiem na wioskę i fortecę. Zdecydowanie warto było dołożyć trochę pieniędzy, żeby poczuć ten klimat. Noc z kolacją i śniadaniem kosztowała 80 lari. 

Ethnic Hostel
Tu można wypić kawę
Jest klimat 🙂
Mamy nawet taras

Po rozpakowaniu się idziemy zwiedzać wioskę, dziś jest gorący dzień. Pytamy właścicielkę czy można się tu gdzieś wykąpać. Shatili leży na wysokości około 1500 m, powietrze jest ciepłe, ale woda na pewno będzie zima. Gospodyni proponuje nam pójście w górę rzeki w kierunku elektrowni wodnej. Znajdujemy miejsce dogodne do wejścia. Trzeba trochę powalczyć z prądem, Natalia jest lżejsza ode mnie i zostaje porwana 🙂 Zjeżdża kawałek z wodą, ale jest płytko. No i lepiej zdjąć zegarek. Ja nie zdjąłem i szybko płynąca woda dostała się do środka. Zimna woda szybko schładza, kilka minut wystarczy. Następnego dnia poszliśmy jeszcze dalej, niestety żołnierze pilnujący przejścia nie pozwolili iść w górę rzeki „bo was Czeczeni okradną”. Za to znaleźliśmy dobre miejsce do pływania, wodospad i głębsze miejsce przed tamą, prąd nie porywa 🙂 Woda zimna jak diabli, ale frajda z pływania w takim miejscu duża 🙂

Powrót autem dał nam trochę ekstra czasu. Postanowiliśmy go wykorzystać na wyjście w góry. Joanna została w pokoju, ja z Anetą i Natalią poszliśmy się trochę wspinać. Nad naszym średniowiecznym hostelem, na górze widać podświetlony krzyż. Spróbujemy dostać się najpierw do niego. Aneta idzie pierwsza, nie ma tu żadnej dogodnej ścieżki. Trzeba samemu wynajdować drogę i trochę się przedzierać pomiędzy roślinami. Wkrótce tracę Anetę z oczu. Podchodzimy własną drogą do krzyża, ale tam jej nie ma. Idziemy jeszcze wyżej. Mamy całkiem niezły widok na fortecę z góry (powinni wytyczyć tutaj szlak). Natalia decyduje się wrócić, a ja idę w górę szukać Anety 🙂

Przy krzyżu
Natalia wychodzi w górę

Wspinanie zajmuje mi sporo czasu i ciągle jej nie ma. Idę do góry już ponad godzinę. Nigdzie jej nie widać, nie odpowiada na wołanie. Decyduję się na trawers zbocza, żeby zmienić położenie, przechodzę na bok jakieś 100 m. Dalej jej nie ma, znów idę do góry. Może poszła wyżej na szczyt? W końcu zauważam ją kilkadziesiąt metrów poniżej i sporo na boku. Cały czas była schowana za sąsiednim grzbietem, ale wchodziła do góry 🙂 Czekam aż tutaj dojdzie. Jest już późno, samo zejście zajmie pewnie godzinę (też przez brak szlaku). Nie wychodzimy już wyżej. Podczas trawersowania wpadłem w Barszcz Sosnowskiego, opuchlizna na dłoni zejdzie mi po kilku tygodniach.

Całkiem wysoko wyszliśmy
Zguba 🙂
Tak położone jest Shatili - szeroka panorama

Kolejnego dnia zostajemy w Shatili, żeby odpocząć. Dobrze jest zrobić sobie jeden dzień odpoczynkowy. Tzn. i tak trochę pochodzimy, ale nie 20 km. W okolicy można zobaczyć grobowce Anatori. To nie jest zwykły cmentarz. Wioska Anatori leżała po drugiej stronie rzeki Arghuni, dziś pozostały jedynie ruiny. W XVIII wieku te tereny nawiedziła zaraza zwana „Zhami” (prawdopodobnie dżuma). Ludzie umierali szybko, jeden po drugim. Zmarłych chowano w grobowcach. Kiedy mieszkańcy zdali sobie sprawę, że choroba jest zakaźna, pozamykali się w domach, aby nie roznosić zarazy. Najbardziej niesamowite w tej historii, jest to że zakażeni mieszkańcy, ale ciągle mogący chodzić, z własnej woli opuszczali wioskę. Szli do grobowców, kładli się tam i czekali na śmierć.

Skały w okolicy Anatori

Wiadomo, że przeżył tylko jeden mieszkaniec Anatori – 12 letni chłopak, który w tym czasie pracował jako pasterz w Tuszetii. Później sądzono, że zaraza była karą sprowadzoną na mieszkańców przez bóstwo Anatorisjvari. Tutejsi ludzie co roku organizowali festiwal ku jego czci. Jeszcze do końca XIX wieku, pielgrzymi z sąsiednich kaukaskich krajów, przybywali aby go czcić.

Grobowce
Wnętrze

Po drugiej stronie wioski znajdują się ruiny mniejszej fortecy Kachou. Byliśmy tam, miejsce jest bardzo zniszczone. Żeby dojść na wzgórze trzeba przejść przez rzekę w pobliżu fortecy (konieczne zdjęcie butów), albo przejść przez most i iść drugą stroną rzeki. Opcja nieco ryzykowna, trochę wspinaczkowa, trzeba trzymać się kruchych skał. Natalia prawie wpadła do wody. W Shatili buduje się sporo nowych hoteli. Do wioski można dojechać łatwiej niż do Omalo, droga jest szutrowa, ale nie jest niebezpieczna. Co jeszcze można tu robić? Można wypić dobre lokalne jasne piwo, spróbować khinkali i innych potraw, wejść na dach fortecy, pójść na trekking w lesie. Przy okazji można poznać kolejnych Polaków 🙂 Jeszcze jedno, jeśli chcesz mieć zasięg tel. tu jest tylko zasięg sieci Magti.

Forteca Shatili w słońcu
Na dachu
Sklepik i restauracja
Auto znane także z Polski
Natalia walczy o życie 🙂

Jak wydostać się z Shatili? Raz w tygodniu można marszrutką, kursuje w czwartki. Lepiej zarezerwować wcześniej miejsce. Jeśli ta opcja nie pasuje, zostaje transport prywatny. My wracaliśmy z kierowcą, który przyjechał następnego dnia o 7 rano z Tbilisi. Mimo deszczu zdążył dojechać do Tbilisi, 10 min przed odjazdem autobusu do Kutaisi 🙂 Ma na imię Kacha, mogę podać do niego kontakt.

To był ostatni dzień pięknego trekkingu, uważam że najciekawszego w Gruzji. Stawiam Tuszetię wyżej niż Swanetię, ale tylko dlatego, że jest bardziej dzika, niedostępna, nietknięta. Oczywiście Swanetia też jest niesamowita. Bardzo polecam górskim łazikom się tutaj udać. Dziewczyny wracają następnego dnia do Polski, a ja udaję się przez wioskę Roshka do Juty.

Koszty wyjazdu:

Transport: Kutaisi – Tbilisi w obie strony 36 lari na osobę, Tbilisi – Omalo 450/6, z Omalo na szlak 200/7, z Shatili do Tbilisi 350/4.
Konie – 1200 na 4 osoby, wypożyczenie sprzętu około 300/4, karta sim beeline z internetem około 15.
Noclegi ze śniadaniem i kolacją: 335 na osobę, prowiant około 40, dodatkowe jedzenie i czacza 40. Koszty są podane w lari, 1 lari kosztowało w sierpniu 2021 r. 1,25 zł. Razem około 1300 zł + bilet, ja miałem za 276 zł.

 

1 /10
Ocena przygody

(w produkcji)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *